NAWIASEM MÓWIĄC NR 2 / 2020/2021 (wersja elektroniczna)
(jeśli po otwarciu gazetki, pojawi się komunikat o konieczności zainstalowania Adobe Flash Playera, klikamy "Get Adobe Flash Player", a następnie - "Zezwalaj")
NAWIASEM MÓWIĄC NR 1 / 2020/2021 (wersja elektroniczna)
(jeśli po otwarciu gazetki, pojawi się komunikat o konieczności zainstalowania Adobe Flash Playera, klikamy "Get Adobe Flash Player", a następnie - "Zezwalaj")
Stanisław Fąfara (7C)
NAWIASEM MÓWIĄC NR 4 / 2019/2020 (wersja elektroniczna)
(jeśli po otwarciu gazetki, pojawi się komunikat o konieczności zainstalowania Adobe Flash Playera, klikamy "Get Adobe Flash Player", a następnie - "Zezwalaj")
Pojęcie szczęście jest bardzo zagadkowe. Są różne teorie, które tłumaczą, co trzeba robić i jak myśleć, aby osiągnąć najwyższy jego poziom. Podejść jest wiele, a każde z nich przyjmuje trochę inne założenia. Wszystkie mają jakieś podparcie w statystykach itp., nie wiadomo jednak, które jest najbliższe prawdy. Postaram się przedstawić niektóre z nich.
Na teorii pierwszej zbudowany jest buddyzm. Zakłada ona, że to co obniża nasz poziom szczęścia to nasze pragnienia. Zawsze czegoś chcemy, a jeśli już to mamy, chcemy czegoś innego. Nigdy nie jesteśmy w stu procentach usatysfakcjonowani. Jedynym sposobem, żeby to zmienić, jest odcięcie się od naszych żądz i bólu. Nie będziemy całkowicie szczęśliwi, porównując się do innych, marząc o posiadaniu najnowszych nowinek technologicznych, czy przejmując się bólem. Według buddystów szczęście, czyli stan wolny od tych wszystkich przekleństw, osiągnął zbiegły książę o pseudonimie Budda.
Druga teoria to teoria celu. Ludzie widzący sens w tym co robią, będą zwyczajnie szczęśliwsi. Idąc tą drogą, można wnioskować, że ludzie wierzący w Boga i różne powiązane z wiarą rzeczy (niebo, piekło itp.) są bardziej zadowoleni z życia niż ateiści. Wierzą, że po śmierci spotka ich nagroda, na którą pracują całe swoje życie i, nawet jeśli jest ono nieprzyjemne, liczą, że zostanie im to wynagrodzone. Oczywiście teoria celu nie zakłada, że każdy wierzący ma więcej satysfakcji z życia niż każdy niewierzący. To tylko przykład. Inaczej można ją zilustrować np. za pomocą miliardera posiadającego kilka rezydencji na całym świecie, ale zrozpaczonego tym, że nikt go nie potrzebuje i młodej dziewczyny ledwie utrzymującej się ze swojej nędznej pensji, ale za to wychowującej dziecko i pomagającej w schronisku dla zwierząt, wiedzącej, że robi coś dla świata, że ktoś jej potrzebuje. Ta druga osoba będzie szczęśliwsza.
Teoria trzecia zrzuca odpowiedzialność za zadowolenie z życia na geny. Zakłada skalę szczęścia od jednego do dziesięciu i uwarunkowanie przez geny, tego, w jakim przedziale może się znaleźć dana osoba. Są ludzie, którym trafił się przedział od sześciu do dziesięciu, a są i tacy, którzy w najwyższych uniesieniach dobiją najdalej do pięciu. Wahania w swoim przedziale są powodowane chwilowymi bodźcami, które po niedługim czasie przestają mieć jednak znaczenie. Jeśli wygramy w totolotka, poziom naszego szczęścia podniesie się, jednak kiedy już się z tym oswoimy i przywykniemy do nowego stanu rzeczy, wróci on do normy. W drugą stronę działa to tak samo – jeśli dowiemy się o trawiącej nas chorobie, nasz nastrój się obniży. Po pewnym czasie jednak (zakładając, że choroba nie przynosi stałego bólu) przywykniemy i będziemy żyć bez obniżonego samopoczucia psychicznego.
Są to odmienne punkty widzenia. Który z nich jest właściwy? Nie wiadomo. Może wszystkie są poniekąd poprawne, a może żaden nie jest. Czy możemy z nich coś wnioskować? Jak dążyć do podniesienia poziomu szczęścia u ludzi? Czy ludzkość jest na dobrej drodze? Czy jesteśmy szczęśliwsi niż np. średniowieczny chłop? Przecież ten nie porównywał się do idealnych modeli z reklam i nie miał potrzeby zaopatrywania się w najnowsze gadżety, których zwyczajnie wtedy nie wynajdowano. Średniowiecze było również epoką chrześcijaństwa, więc można zakładać, że był wierzący. Widział sens swojego życia – być w miarę uczciwym i dzięki temu pójść do nieba. Nic prostszego. Jego życie było spokojne i ustabilizowane. Nie mył się, bo nie czuł takiej potrzeby. Nikt nie oceniał go za to, jak pachnie. Trudno jest ocenić, czy współcześnie jesteśmy bardziej usatysfakcjonowani swoim żywotem niż przeciętny mieszkaniec wsi sprzed wieków. Zdaje się jednak, że ludzkość kieruje się w swoim rozwoju innymi wartościami niż szczęście.
Na koniec chciałabym polecić książkę, która zainspirowała mnie do napisania tego oraz poprzedniego artykułu. Jest to Sapiens. Od zwierząt do bogów autorstwa Yuval Noah Harari. Opowiada ona o historii naszego gatunku w bardzo ciekawy i przystępny sposób.
Inga Korzeniowska (7C)
Bez dysku nie byłoby komputerów. To dyski przechowują nasze dane, tak aby po wyłączeniu zasilania nic nam nie zniknęło i było dostępne po każdym uruchomieniu komputera. Dziś mamy dwa rodzaje dysków – HDD (hard disk drive) oraz SDD (solid-state drive). Określane są one również jako urządzenia pamięci masowej.
Dysk twardy HDD wziął swą nazwę z zastosowania twardego materiału jako podłoża dla właściwego nośnika. Technologiczną poprzedniczką dysku twardego była taśma magnetofonowa. Technologia, którą wykorzystują, nazywa się magnetycznym zapisem lub magnetyczną pamięcią masową. Dyski twarde wykorzystują materiały magnetyczne, które są umieszczane na powierzchni dysków. Dyski te są wprowadzane w ruch wirowy jak płyty CD w odtwarzaczach CD, a dane są odczytywane i zapisywane przez głowicę odczytu i zapisu, która spełnia taką samą funkcję jak soczewka w głowicy odtwarzacza CD. Technologia dysku twardego jest dość stara. Pierwszy raz dysk twardy zastosowano w komputerze IBM 350 RAMAC z 1956 r., który był wielkości szafy. Dysk miał pojemność 5 MB. Dziś dyski twarde w komputerach stacjonarnych mogą mieć do 30 TB, natomiast w laptopach 4000 GB.
Dyski SSD mają krótszą historię. Pierwsze napędy pojawiły się pod koniec XX w. Wówczas chipy SSD były trwale przylutowane do płyty głównej. Wraz z rozwojem technologii pojemność pamięci SSD wzrosła i ostatecznie osiągnęła formę podobną do 2,5-calowego dysku twardego do laptopa. W odróżnieniu od dysków twardych dyski SSD nie używają żadnych magnetycznych zapisów i nie mają żadnych ruchomych części. Dodatkowo napędy te charakteryzują się zdecydowanie krótszym czasem dostępu do danych (kilkadziesiąt razy), cichszą pracą oraz o wiele większą odpornością na uszkodzenia mechaniczne.
Dyski HDD są tańsze i pojemniejsze, wygrywają też długością bezawaryjnej pracy. Dyski SSD wypadają lepiej, jeśli chodzi szybkość, wytrzymałość, rozmiar, hałas. Sprzedawane dziś komputery mają często oba rodzaje dysków. Na mniejszym, ale szybkim, sprawnym dysku SDD może być zainstalowany wyłącznie system i najczęściej uruchamiane aplikacje, natomiast pojemny dysk HDD może służyć jako wielki magazyn danych – plików, zdjęć, filmów czy gier.
Franciszek Juszkiewicz (4B)
Ogrom nauki oraz prac domowych może przytłaczać, dlatego polecam gry komputerowe, które mogą pomóc w rozładowaniu napięcia. Dziś chciałem opisać Wam jedną z nich.
Gra City of Brass należy do gatunku Rogue-Lite. Oznacza to, że kiedy polegniemy w trakcie rozgrywki, musimy zaczynać ją od nowa. Fabuła w tej grze nie jest porywająca, ale w tym gatunku nie jest to zbyt ważne. Gracz wciela się w odkrywcę, który bada zakątki miasta opanowanego przez duchy, szkielety oraz dobre i złe dżiny. Naszym zadaniem jest dostać się do centrum miasta oraz pokonanie trzech potężnych lokatorów lamp. Aby wykonać ten cel, mamy do dyspozycji różnorodne bronie oraz umiejętności, które zyskujemy z życzeń od dobrych dżinów. W trakcie naszej podróży będą nam przeszkadzać śmiertelne pułapki, które mogą zakończyć nasz żywot. Nasi wrogowie będą próbować nam przeszkodzić w osiągnięciu głównego celu gry. Co najlepsze, pułapki nie działają tylko na nas, lecz również na wrogów, co możemy wykorzystać do własnych celów.
Optymalizacja w tej grze jest świetna. Przy maksymalnych ustawieniach graficznych nie widziałem żadnych spadków FPS (klatek na sekundę) poniżej 60 fps. Ścieżka dźwiękowa też zasługuje na pochwałę - wszystkie najmniejsze odgłosy są dobrze słyszalne, dzięki czemu możemy orientować się, gdzie są wrogowie.
Osobiście bardzo polecam tę grę. Jest ona wciągająca, a jednocześnie trzeba się trochę namęczyć, aby ją przejść. Ja wręcz uwielbiam gry tego typu, więc przejście City of Brass zajęło mi 3 godziny w postaci jednego z bohaterów, lecz jeszcze wiele postaci do wcielenia przede mną, którzy też muszą przeżyć swoją unikalną historię.
Szymon Dziedzic (8C)