^  góra strony

  • 1

SP 368 WARSZAWA

w e r s j a   i n t e r n e t o w a   g a z e t k i   s z k o l n e j

2019/2020 NR 1 - "COGITO ERGO SUM" POWIEDZIAŁ KARTEZJUSZ…

"Myślę, więc jestem", to teza sformułowana przez Kartezjusza w 1637 r. Jest powszechnie uważana za niepodważalną. W związku z tą niepodważalnością oraz moją wrodzoną tendencją do brnięcia pod prąd, postanowiłam tę tezę podważyć.

Autor tego słynnego stwierdzenia, tak jak wielu innych filozofów, postanowił zgłębiać wiedzę począwszy od podstaw. Nie ufał on swoim zmysłom, uważając je za omylne i niepewne. Nie chciał opierać się na tym, co widzi, słyszy, czuje czy smakuje, uznając za potencjalnie fałszywe tego typu obserwacje. Po dłuższych rozmyślaniach olśniło go i doszedł do niepowątpiewalnej prawdy – myśli, więc istnieje. On jest!

Odważę się nie zgodzić z tym słynnym odkryciem. Przeczytawszy o toku myślenia Kartezjusza w dochodzeniu do takiego wniosku, uznałam go za geniusza. Byłam zachwycona jego tezą i długo o niej myślałam. Po jakimś czasie roztrząsania jego błyskotliwości połączyłam to niepodważalne stwierdzenie z problemem, który osobiście męczył mnie od dawna.

Jestem pewna, że myślenie świadczy o egzystencji jakiegoś bytu, jednak czy tym bytem jest "ja", pewni być nie możemy. Posłużę się może lekko przesadzonym porównaniem, ale według mnie mimo wszystko trafnym.

Spójrzmy na ludzi poważnie chorych psychicznie. Są nawet tacy, którzy uważają się za zwierzę, na przykład psa. Czy skoro dla takich nieszczęśników "ja" (które każdy definiuje sam dla siebie) oznacza psa, to ten konkretny pies istnieje? Podobnie jest ze snami. W snach często żyjemy w światach niezgodnych z rzeczywistością, powszechnie uważaną za tą właściwą. W nocnych koszmarach czy marzeniach także zazwyczaj nie jesteśmy świadomi tego, że śnimy. Wtedy także "ja" jest czymś/kimś zupełnie innym niż w tzw. realu. Myślenie i uczucia bez wątpienia świadczą o istnieniu jakiegoś bytu. Ale nie zgodzę się z tym, aby tym bytem niepodważalnie było "ja".

Dla mnie "ja", to młody człowiek chodzący do siódmej klasy i starający się napisać coś inteligentnego. Czy to, że tak postrzegam siebie, świadczy o tym, że jestem prawdziwa? Być może nie jestem. Być może jestem tylko urojeniem jakiegoś stworzenia lub innej świadomości. Być może jestem snem. Możliwości mogą być dla nas absurdalne i niepojmowalne. Nie zmienia to jednak faktu, że są.

Inga Korzeniowska (7C)

2019/2020 NR 2 - JA

Nigdy, słysząc zaimek osobowy "ja", nie zastanawiamy się nad jego znaczeniem. Od niemowlęcia uczymy się, że jest to forma wskazania siebie. Ale co to znaczy "siebie"? Co to jest to "ja"?

Można uznać, że "ja" każdego człowieka to jego charakter, usposobienie, wygląd, historia i wszystko inne co jest z nim związane. W tym momencie pojawia się kolejne pytanie – czy to wszystko rozumiemy jako opinię o samej sobie danej osoby, czy to, co prezentuje otoczeniu? Albowiem każdy ma przynajmniej dwa oblicza – to przed sobą i to przed światem. Np. w głowie nasze myśli formułujemy zupełnie inaczej, niż je następnie wyrażamy.

Sądzę, że dużo ludzi podziela moje wrażenia i, tak jak mi nieraz, przydarzyło im się być złym na samego siebie, denerwować się niesprecyzowaniem swoich uczuć. Często nie lubimy swojego zewnętrznego "ja" lub jest dla nas irytujące, ale musimy się z nim pogodzić. Możemy starać się nad nim (sobą) pracować i próbować upodobnić je do wewnętrznego "ja". Niestety nie jest to proste i wymaga dużego samozaparcia, a skutki uboczne nie są rzadkością. Posłużę się tu własnym przykładem. Jeszcze niedawno miałam problem z dużą nieśmiałością. Postanowiłam to zmienić, ale teraz mówię zdecydowanie za dużo. Nie było to moim celem, kiedy planowałam się ośmielić. Teraz to gadulstwo jest w moim mniemaniu wadą i staram się przyhamować z tym egoistycznym nawykiem nieustannego słowotoku związanego ściśle z moją osobą. To nieposłuszeństwo względem samej siebie jest dość kłopotliwe.

Według mnie odmienność osobowości wewnętrznej od zewnętrznej jest zjawiskiem powszechnym i wszyscy mają z nim świadomy problem lub żyją w złudzeniu, myśląc, że pokazują, czy mówią to, co widzą we własnym umyśle. Spojrzenie na siebie z obiektywnej perspektywy nie jest proste, a wyniki bywają przykre. Polecam spróbować i ocenić, czy swoje zamiary rzeczywiście realizujemy.

Inga Korzeniowska (7C)

2019/2020 NR 3 - ZASADY

Zasady. Są to wszelkiego rodzaju prawa, którym, czy tego chcemy czy nie, podlegamy. Jest to część naszej kultury, czyli porządku wyobrażonego - rzeczy, które istnieją tylko i wyłącznie w naszej intersubiektywnej wyobraźni. Zasady nie są materialne. Jest to coś umownego, co ustalamy i zapisujemy, coś, do czego niestosowanie się może skutkować konsekwencjami prawnymi lub w najlepszym razie ostracyzmem społecznym (przykładem tego drugiego mogą być reakcje na noszenie w naszej kulturze sukienki przez osobnika płci męskiej).

Prawo czy konstytucję można krytykować, ale póki nie zostanie się wysoko postawionym politykiem, nie ma się za dużo do gadania. Dlatego skupię się tu na wzorcach kulturowych, czyli zasadach nieoficjalnych. Są wśród nich te bardziej akceptowalne „wykroczenia” (np. niepożyczenie długopisu) i są te poważniejsze (np. wspomniana wcześniej sukienka u chłopaka czy mężczyzny). Zadziwiające jest jak dużo tych kulturowych reguł odnosi się do płci, jak dawanie dziewczynkom "pierwszych zestawów" do gotowania, a chłopcom do majsterki. I do tego ich naruszenia są zazwyczaj mniej akceptowane niż np. nieuprzejmość. Niesamowite jest to, że coś na co nie mamy wpływu, jest takie znaczące w naszym życiu. Ale czy zawsze musimy się do tych zasad stosować? Moim zdaniem nie. Uważam wręcz, że nadmierny konformizm jest zwyczajnie niekorzystny długoterminowo, ponieważ nas ubezwłasnowolnia. Kwestie pożądanego ubioru czy zachowania należy analizować i postępować zgodnie z wnioskami i własnymi przekonaniami. Mogą nas wtedy spotkać konsekwencje w postaci np. wyśmiania, ale pamiętajmy, że oczekiwania społeczne i reguły kulturowe istnieją tylko w naszych umysłach, a ponieważ są przekazywane z pokolenia na pokolenie, są bardzo mocno w nas osadzone. Nie da się ich pozbyć, ale zawsze można się starać je nieco zmodyfikować.

Nie namawiam bynajmniej do wrogości wobec wszystkich i wszystkiego, do bycia odmieńcem na każdym polu, tylko zachęcam do krytycznej analizy wyobrażonego porządku władającego naszym światem. Wszyscy jesteśmy nim nasiąknięci, bo otacza nas od dzieciństwa, chociażby poprzez tradycyjny podział kolorów (różowy dla dziewczynek, niebieski dla chłopców) tak ochoczo wykorzystywany wśród przedszkolaków. Jesteśmy częścią naszej kultury, ale zawsze możemy przyczynić się do choćby lekkiej zmiany kierunku, w którym ona ewoluuje.

Inga Korzeniowska (7C)

2019/2020 NR 4 - SZCZĘŚCIE

Pojęcie szczęście jest bardzo zagadkowe. Są różne teorie, które tłumaczą, co trzeba robić i jak myśleć, aby osiągnąć najwyższy jego poziom. Podejść jest wiele, a każde z nich przyjmuje trochę inne założenia. Wszystkie mają jakieś podparcie w statystykach itp., nie wiadomo jednak, które jest najbliższe prawdy. Postaram się przedstawić niektóre z nich.

Na teorii pierwszej zbudowany jest buddyzm. Zakłada ona, że to co obniża nasz poziom szczęścia to nasze pragnienia. Zawsze czegoś chcemy, a jeśli już to mamy, chcemy czegoś innego. Nigdy nie jesteśmy w stu procentach usatysfakcjonowani. Jedynym sposobem, żeby to zmienić, jest odcięcie się od naszych żądz i bólu. Nie będziemy całkowicie szczęśliwi, porównując się do innych, marząc o posiadaniu najnowszych nowinek technologicznych, czy przejmując się bólem. Według buddystów szczęście, czyli stan wolny od tych wszystkich przekleństw, osiągnął zbiegły książę o pseudonimie Budda.

Druga teoria to teoria celu. Ludzie widzący sens w tym co robią, będą zwyczajnie szczęśliwsi. Idąc tą drogą, można wnioskować, że ludzie wierzący w Boga i różne powiązane z wiarą rzeczy (niebo, piekło itp.) są bardziej zadowoleni z życia niż ateiści. Wierzą, że po śmierci spotka ich nagroda, na którą pracują całe swoje życie i, nawet jeśli jest ono nieprzyjemne, liczą, że zostanie im to wynagrodzone. Oczywiście teoria celu nie zakłada, że każdy wierzący ma więcej satysfakcji z życia niż każdy niewierzący. To tylko przykład. Inaczej można ją zilustrować np. za pomocą miliardera posiadającego kilka rezydencji na całym świecie, ale zrozpaczonego tym, że nikt go nie potrzebuje i młodej dziewczyny ledwie utrzymującej się ze swojej nędznej pensji, ale za to wychowującej dziecko i pomagającej w schronisku dla zwierząt, wiedzącej, że robi coś dla świata, że ktoś jej potrzebuje. Ta druga osoba będzie szczęśliwsza.

Teoria trzecia zrzuca odpowiedzialność za zadowolenie z życia na geny. Zakłada skalę szczęścia od jednego do dziesięciu i uwarunkowanie przez geny, tego, w jakim przedziale może się znaleźć dana osoba. Są ludzie, którym trafił się przedział od sześciu do dziesięciu, a są i tacy, którzy w najwyższych uniesieniach dobiją najdalej do pięciu. Wahania w swoim przedziale są powodowane chwilowymi bodźcami, które po niedługim czasie przestają mieć jednak znaczenie. Jeśli wygramy w totolotka, poziom naszego szczęścia podniesie się, jednak kiedy już się z tym oswoimy i przywykniemy do nowego stanu rzeczy, wróci on do normy. W drugą stronę działa to tak samo – jeśli dowiemy się o trawiącej nas chorobie, nasz nastrój się obniży. Po pewnym czasie jednak (zakładając, że choroba nie przynosi stałego bólu) przywykniemy i będziemy żyć bez obniżonego samopoczucia psychicznego.

Są to odmienne punkty widzenia. Który z nich jest właściwy? Nie wiadomo. Może wszystkie są poniekąd poprawne, a może żaden nie jest. Czy możemy z nich coś wnioskować? Jak dążyć do podniesienia poziomu szczęścia u ludzi? Czy ludzkość jest na dobrej drodze? Czy jesteśmy szczęśliwsi niż np. średniowieczny chłop? Przecież ten nie porównywał się do idealnych modeli z reklam i nie miał potrzeby zaopatrywania się w najnowsze gadżety, których zwyczajnie wtedy nie wynajdowano. Średniowiecze było również epoką chrześcijaństwa, więc można zakładać, że był wierzący. Widział sens swojego życia – być w miarę uczciwym i dzięki temu pójść do nieba. Nic prostszego. Jego życie było spokojne i ustabilizowane. Nie mył się, bo nie czuł takiej potrzeby. Nikt nie oceniał go za to, jak pachnie. Trudno jest ocenić, czy współcześnie jesteśmy bardziej usatysfakcjonowani swoim żywotem niż przeciętny mieszkaniec wsi sprzed wieków. Zdaje się jednak, że ludzkość kieruje się w swoim rozwoju innymi wartościami niż szczęście.

Na koniec chciałabym polecić książkę, która zainspirowała mnie do napisania tego oraz poprzedniego artykułu. Jest to Sapiens. Od zwierząt do bogów autorstwa Yuval Noah Harari. Opowiada ona o historii naszego gatunku w bardzo ciekawy i przystępny sposób.

Inga Korzeniowska (7C)

  • 2018-2019-1
  • 2018-2019-2
  • 2018-2019-3
  • 2018-2019-4
  • 2018-2019-5
Copyright © 2013. Marcin Leśniewski  Rights Reserved.