^  góra strony

  • 1

SP 368 WARSZAWA

w e r s j a   i n t e r n e t o w a   g a z e t k i   s z k o l n e j

×

Uwaga

There is no category chosen or category doesn't contain any items

2018/2019 NR 2 - Opowiadanie: "Myself" Chapter 2: A piece of mirror

Niecałe pół godziny później naprawdę zaczęłam się denerwować, więc ubrałam się i postanowiłam przejść się w pobliże jej domu i to sprawdzić. Kiedy wyszłam, wiał silny wiatr, więc opatuliłam się mocniej płaszczem i ruszyłam wolnym krokiem w stronę domu Marylin, cały czas zastanawiając się, co mogło ją zatrzymać. Jakoś nic szczególnego nie przychodziło mi do głowy, oprócz tego, że mogła pójść przez las na pociąg, ale nie wiem, po co miałaby tak robić, szczególnie w taki chłodny dzień.

W chwili kiedy wyszłam zza rogu błękitnych segmentów zamarłam w połowie kolejnego kroku. Wokół jej domu stała karetka pogotowia i dwa samochody policyjne. Wstrzymałam oddech. Przecież to niemożliwe, żeby coś jej się stało. Prawda? Ale w chwili gdy zobaczyłam jej męża siedzącego w środku karetki z obłędem i rozpaczą wymalowaną na twarzy, już wiedziałam, że coś jest nie tak. Z paniką próbowałam zobaczyć cokolwiek w środku domu i rozejrzałam się dookoła. Wtedy zobaczyłam drugą i trzecią karetkę stojącą koło kanałku obok lasu, a konkretnie pod brukowanym mostkiem. Zmusiłam się, żeby pójść w tamtą stronę. Na mostku zebrało się już kilka gapiów, zobaczyłam płaczące dziecko i szlochającą staruszkę, mieszkającą w okolicy. I wtedy ją zobaczyłam. Marylin leżała ułożona na czarnym, termicznym materiale, oczy miała otwarte i pełne szoku, a z jej obu nadgarstków intensywnie sączyła się krew, tworząc wokół niej przerażającą mozaikę. Poczułam się jakby coś we mnie pękło, zakryłam usta, żeby nie zwymiotować. Czułam jak w mojej głowie włącza się ten przerażający stan, którego nie potrafię kontrolować. Miałam wrażenie, że zamykam się w środku, wypieram cały ból, nie dopuszczam do siebie tego, co się wydarzyło. Nie kontrolowałam już mojego ciała i nie zważając na wiatr, który chciał rozerwać poły mojego płaszcza, gnałam na oślep przed siebie w kierunku, z którego przyszłam, w granicy świadomości czułam jeszcze gorące łzy na moich policzkach.

Ocknęłam się na podłodze w moim salonie kilka godzin później. Ostatnią rzeczą w mojej głowie był obraz Marylin. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko sen, ale szybko pozbyłam się tej myśli i po raz kolejny ogarnęło mnie poczucie, jakby moje życie straciło sens, jakby Marylin zabrała ze sobą znaczną część mnie. Usiadłam powoli, nadal nie do końca przytomna i zamrugałam kilkakrotnie. Nie pamiętałam nawet, jak się tutaj znalazłam, co robiłam przez ten czas i dlaczego leżałam na podłodze w salonie, ale nie szczególnie się tym wtedy przejmowałam. Czułam tylko wszechogarniającą potrzebę wrócenia tam, pod kamienny mostek.

Wstałam i nie fatygując się nawet, by spojrzeć w lustro, czy zamknąć drzwi, ruszyłam na drżących nogach dwie przecznice na prawo. Wokół wszystko było ciche i spokojne. Żadnej policji, lekarzy, gapiów, lamentujących ludzi. Przeszedł mnie dreszcz, sama nie wiem, czy z zimna, czy ze strachu. Obeszłam na około kanałek i zeszłam na dół do miejsca, gdzie ją widziałam. Na poboczu leżało jeszcze kilka pozostałości po foliach i zabezpieczeniach sprzętu medycznego, a na trawie odbiły się odciski wielu chaotycznych śladów stóp. Czując już całkowitą obojętność, patrzyłam na powoli zasychające ślady jasnej krwi na drodze i ścianie filaru. Z drugiej strony zabawne są te zmiany nastrojów, jakie odczuwam od czasu zmiany leków. Kilka godzin temu byłam praktycznie obłąkana, płacząc i krzycząc, kiedy zobaczyłam ciało Marylin owinięte płachtą z odległości kilkudziesięciu metrów, a teraz stojąc w miejscu, gdzie ona zakończyła swoje życie, krok od jeszcze świeżych śladów jej krwi - czuję, że to wszystko mało mnie obchodzi. Zaczynam się z siebie śmiać. Z każdą chwilą śmieję się coraz głośniej i nie mogę przestać. Kładę się na zimnym betonie i zamykam oczy. W pewnym momencie mój płacz przeradza się w szloch i przez dłuższą chwilę znowu nie mogę się opanować. Przewracam się na bok i widzę odłamek szkła prawie całkiem wbitego w ziemię w szparę między kafelkami chodnika. Podnoszę się dopiero wtedy, kiedy do głowy wpada mi pewien pomysł. Przeszukuję kieszenie płaszcza i znajduję tam mój telefon. W wyszukiwarkę internetową wpisuję hasło "zabójstwo kobiety, Melstreet". Klikam w jeden z pierwszych artykułów i aż zapowietrzam się z oburzenia, czytając początek: Młoda kobieta tego ranka popełniła samobójstwo, podcinając sobie żyły na bocznej drodze osiedla Melstreet w stanie Waszyngton. Kto mógł to napisać?! Czy oni są nienormalni?! Nawet by mi nie przyszło do głowy, że Marylin mogłaby zrobić coś takiego! Nawet nie ma takiej możliwości, znałam ją nawet lepiej niż samą siebie, ona nigdy w żaden sposób nie targnęłaby na swoje życie! Szczególnie teraz. Ta myśl niespodziewanie pojawia się w mojej głowie, ale nie mam pojęcia, co może oznaczać. Przez chwilę się nad tym zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że jeśli byłoby to coś ważnego, pamiętałabym o tym. Ze wściekłością zaciskam pięści, kiedy czytam dalszą część artykułu. Do śmierci doszło około godziny 7 rano, ciało kobiety znalazł jej mąż, który wyszedł jej szukać, po tym jak przez dłuższy czas nie wracała do domu z porannego joggingu. Narzędziem zbrodni był prawdopodobnie szklany, ostry element. Nie został on jednak znaleziony mimo przeszukania okolicy przez policję. Więcej szczegółów w sprawie wkrótce. Ktokolwiek posiadający informacje na ten temat, proszony jest o kontakt z policją. Mój wzrok od razu padł na dziurę w chodniku i błyszczący kawałek, który widziałam. Był mocno wbity, ale w końcu udało mi się go wyciągnąć. Obejrzałam go dokładnie ze wszystkich stron. Był to odłamany, średniej wielkości kawałek lustra. W niepopękanej części zobaczyłam swoje odbicie, potargane włosy i przerażający wyraz twarzy. Obróciłam odłamek i na drugiej stronie zobaczyłam wytarte przez ziemię, ale wciąż widoczne smugi jasnoczerwonej cieczy. Wstałam, chowając go do kieszeni i ruszyłam powoli w stronę mojego domu.


73Przez następne dwa tygodnie żyłam, pogrążając się w swojej rutynie i nie odczuwając żadnych emocji. Dopiero po szesnastu dniach odważyłam się wydłużyć o dwie godziny czas przyjmowania leków i sprzątając dom, znalazłam zapomniany kawałek lustra w kieszeni płaszcza. Zastanawiając się przez chwilę, ubrałam się i ruszyłam na pociąg w stronę Seattle.

**********

Wychodząc z posterunku policji, czułam ogarniającą mnie wściekłość. Zacisnęłam palce na odłamku w mojej kieszeni. Skoro nie chcą mi pomóc to nie, sama poradzę sobie doskonale. Udowodnię, że śmierć Marylin to nie było samobójstwo, ha! Nawet znajdę jej zabójcę i dostarczę im pod sam nos. I tak z narzędziem zbrodni (dosłownie) w kieszeni jestem krok przed nimi. Trzydzieści dziewięć godzin później byłam ledwo żywa i praktycznie zasypiałam na stojąco, ale patrzyłam z dumą na moją własnoręcznie wykonaną tablicę zbrodni i dwa zakreślone czerwonym markerem zdjęcia.

Sara Różycka (3d gim.)

Copyright © 2013. Marcin Leśniewski  Rights Reserved.