2012/2013 NR 6 - Wywiad z Aldoną Boroń

Dzisiaj przeprowadzę wywiad z trenerką lekkoatletyki Panią Aldoną Boroń, której działalność jest zwieńczona wieloma sukcesami.

Reporter: Jak zaczęła się Pani przygoda ze sportem?
Pani Aldona: Byłam w 4 klasie SP jak przyszedł do naszej szkoły trener lekkiej atletyki ze szkoły Mistrzostwa Sportowego szukając uczniów do klasy sportowej. Trener odwiedzał szkoły na terenie Bielan i zapraszał dzieci wraz z rodzicami na spotkanie organizacyjne. Dostałam takie zaproszenie. Poszłyśmy tam z mamą i tak to się zaczęło…
R: Czy zawsze uprawiała pani lekkoatletykę?
P.A: Nie. Jak większość dziewczynek na początku lat szkolnych marzyłam o sukieneczkach i zwiewnych strojach. Niedaleko mojego domu był mały klubik zajmujący się gimnastyka artystyczną. Jednak szybko zrozumiałam, że to nie jest dla mnie. Potem był piłka ręczna. Moja pani od w-f bardzo mnie namawiała, ale gdy przyszedł do szkoły TRENER ZE SZKOŁY MISTRZOSTWA POLSKIEGO to było coś. Pamiętam, te wszystkie dziewczyny z klasy bardzo się starały dobrze wypaść na sprawdzianach. Było troszkę inaczej niż teraz i nauka w szkole sportowej była dużym prestiżem.
R: Dlaczego akurat lekkoatletyka?
P.A: Było nas w klasie 20 dziewczyn. Miałyśmy zwariowanego trenera, teraz powiedziałabym hobbistę. Prowadził bardzo ciekawe i różno-rodne zajęcia. Dodatkowo było organizowanych wiele zawodów, w których brałyśmy udział. A jak jeszcze udało się wygrać chociaż serię, w której się biegło, to już była pełnia szczęścia. To bardzo motywowało do dalszego trenowania. Tak więc odpowiadając na pytanie, to miałam szczęście, że trafiłam na ludzi znających się na swojej pracy i lubiących ją. Zachęcili mnie.
61R: Czy miała Pani jakieś osiągnięcia sportowe?
P.A: Tak miałam. Zakochałam się w płotkach, a dokładnie w dystansie 100 metrów przez płotki, trochę też skakałam wzwyż, biegałam sztafetę 4 X 100m. W wieku 15 lat pobiłam Rekord Polski Młodziaków na dystansie 100 metrów przez płotki, rok później na dystansie 300 metrów przez płotki. Do końca liceum zdobyłam w większości złote medale. Byłam też na Mistrzostwach Europy Juniorów, gdzie zajęłam 4 miejsce. Trochę pojeździłam po Europie biorąc udział w Mitingach Lekkoatletycznych, byłam na Uniwersjadzie w Japonii – to ogólnoświatowe zawody dla studentów. Tak miałam osiągnięcia, ale największym jest Olimpiada, na którą nie udało mi się pojechać.
R: Czy jako młody sportowiec planowała Pani, że będzie Pani zaszczepiać miłość do sportu w młodych ludziach??
P.A: Nie, nigdy. To był czas kiedy myślało się tylko o sobie i swoich sukcesach. Nie zastanawiałam się, co będzie potem, jaką będę miała pracę itd. Skończyłam studia i nadal trenowałam, ale ciężko już było wspiąć się o szczebelek wyżej. Miałam też kontuzję ścięgna Achillesa i nie bardzo mogłam się pozbierać. I wtedy z pomocą przyszedł mi ten sam trener, który przyszedł do mojej podstawówki szukając młodych talentów. Zaproponował mi pracę w tej samej szkole, w której się uczyłam. I tak to się zaczęło. Polubiłam tę pracę, znam to wszystko niemalże od podszewki, sama to przeżyłam. Studia uzupełniły moją wiedzę i teraz staram się uczyć tego młodych zdolnych ludzi.
R: Może Pani powiedzieć coś o swoich podopiecznych, odnoszą sukcesy, czy przepowiada im Pani świetlistą przyszłość, dostrzega może w nich Pani siebie za czasów swojej świetności?
P.A: Zawsze pracowałam z dziewczynami. Teraz w większości w grupie mam chłopców. Tak więc cały czas czegoś się uczę. W pierwszym roku mojej pracy udało mi się zdobyć brązowy medal na Mistrzostwach Warszawy, tzn. Juliuszowi Wilk się udało. W drugim roku pracy zdobyliśmy już 3 medale i to złote ; Juliusz Wilk – 300m, Patryk Ryński – skok w dal i sztafeta 4 X 100m w składzie: Patryk Ryński, Paweł Gos, Juliusz Wilk i Krzysztof Wielogórski, dzięki czemu nasza szkoła zajęła 4 miejsce w Warszawie w ogólnej punktacji w lekkiej atletyce. Na Mazowszu w sztafecie chłopcy zdobyli 2 miejsce. Cieszę się, że mamy czym się pochwalić. Zobaczymy co przyniesie trzeci rok pracy… Co do przyszłości – widzę w chłopcach duży potencjał, naprawdę mogliby zaistnieć w świecie sportowym, ale nie wiem jakie będą ich dalsze decyzje po skończeniu naszej szkoły. Mają ze mną kontakt i wiedzą, że pomogę jak będzie taka potrzeba. Ja zostaję w naszej szkole i dalej będę szukała młodych, chętnych ludzi do pracy.
R: Czy w jakiś sposób działa Pani na rzecz Białołęki?
P.A: Chyba nie bardzo można mówić o działaniu na rzecz Białołęki. Ja po prostu pracuję i staram się jak najwięcej zrobić dla moich uczniów. W innych szkołach w naszej gminie i w urzędzie wiadomo jest, że nasza szkoła zajmuje się lekką atletyką i dzięki temu mam nadzieję, że trafi do nas jeszcze więcej zdolnych ludzi.
R: Bardzo dziękuję za wywiad, który utwierdził nas w przekonaniu, że tylko ciężką pracą można osiągnąć sukces.


JOANNA LENART
2C
PRACA NAGRODZONA W II DZIELNICOWYM KONKURSIE DZIENNIKARSKIM "BIAŁOŁĘKA"

2012/2013 NR 5 - Wywiad z Pawłem Stelmachem

Dziś mamy okazję przeprowadzić wywiad z lubianym przez wszystkich nauczycielem – panem Pawłem Stelmachem, który jak się okazuje poza szkołą ma wiele pasji i zainteresowań.

Redakcja: Dlaczego zdecydował się pan na nauczanie historii właśnie w gimnazjum?
Pan Paweł Stelmach: Najbardziej lubię pracę z młodzieżą gimnazjalna i licealną. Los tak chciał, że dostałem propozycję pracy akurat w gimnazjum.
61R: Jak dogaduje się pan z gimnazjalistami?
P.P: Zależy to oczywiście od osoby, jej charakteru i nastawienia do przedmiotu. Staram się nawiązać kontakt z każdym z moich uczniów. Uważam, że potrafię znaleźć sposób na dogadanie się z każdym.
R: Po szkole chodziła plotka, że odrzucił pan stanowisko wicedyrektora na rzecz pracy z uczniami…
P.P: Nie, nie otrzymałem takiej propozycji, jest to tylko plotka. Jednakże gdybym otrzymał taką propozycję, bez dłuższego zastanowienia odrzuciłbym ją. Obowiązki wicedyrektora zmniejszyłyby mój kontakt z uczniami.
R: Propaguje pan dość nietypowe metody nauczania. Czym jest to spowodowane?
P.P: Staram się, aby na moich lekcjach działo się zawsze coś ciekawego, nie lubię jak jest nudno. Nie chcę, aby moje lekcje bazowały na pisaniu i czytaniu, chcę zainteresować czymś uczniów.
R: Czym spowodowane jest pana prouczniowskie nastawienie?
P.P: Podczas mojej przygody z nauką napotkałem samych fajnych i dobrych nauczycieli. Staram się dążyć do perfekcji w tym, co robię. Aby to osiągnąć czytam dużo książek, na przykład poradniki dla nauczycieli napisane przez amerykańskich i australijskich nauczycieli, czasami chodzę również na wykłady, oglądam filmy o tym jak postępować z młodzieżą.
R: Robi pan coś poza szkołą, ma pan jakieś zainteresowania, hobby?
P.P: Najlepiej odpoczywam na meczach. Jestem wiernym kibicem Legi Warszawa. Jeszcze nie tak dawno temu byłem wolontariuszem w tym klubie. Rok temu, podczas trwania Euro, także uczestniczyłem w kilku meczach jako wolontariusz. Teraz z chęcią zabieram moich uczniów na mecze. Interesuje mnie również średniowiecze, okres krucjat i wypraw krzyżowych. Wraz z uczniami założyliśmy bractwo rycerskie, na którym odtwarzamy zbroje oraz broń z tamtego okresu.
R: Niedawno urodziła się panu córeczka?
P.P: Moja córeczka Laura ma już 5 miesięcy. Bardzo lubi jeść owocowe papki. Musze powiedzieć, że jest bardzo grzeczna i spokojna, dzięki czemu udaje nam się przespać całe noce.
R: Czy ojcostwo zmieniło coś w pana życiu?
P.P: Po narodzeniu się Laury zrozumiałem, że rodzicielstwo nie jest to taka łatwa sprawa. Codziennie muszę wstawać rano, żeby przygotować jej mleko lub ja przewinąć. Mam teraz mniej czasu na rzeczy związane z pracą, tj. przygotowywanie czy sprawdzanie sprawdzianów.


JOANNA LENART & JULIA ROMANEK
2C

2012/2013 NR 4 - Wywiad z Anną Gruszczyńską i Joanną Deptułą

Dzisiaj mamy okazję porozmawiać z dwiema nauczycielkami: matką polką - panią dr Anną Gruszczyńską oraz z nowoczesną kobietą - panią Joanną Deptułą, o tym jak spędziły Święta Bożego Narodzenia oraz o ich planach na najbliższy okres.

Redakcja: Pani Anno, jakie tradycje świąteczne Pani obchodzi?
Pani Anna Gruszczyńska: Święta Bożego Narodzenia co roku spędzam tradycyjnie, w gronie najbliższej rodziny. Podczas Wigilii dzielimy się opłatkiem, składamy życzenia oraz spożywamy potrawy wigilijne. O północy, jak każda katolicka rodzina, idziemy całą rodziną na pasterkę. Do kościoła idziemy również w pierwszy i drugi dzień świąt. Co roku zapraszamy do siebie na obiad również dalszą rodzinę. Wszyscy razem spędzamy miło czas. Jest to dla nas okres dużej życzliwości wobec siebie nawzajem. Wszystkie obowiązki odkładamy na bok, dużo rozmawiamy i cieszymy się, że możemy być wszyscy razem. Nie myślimy o pracy, a skupiamy się na życiu rodzinnym. W codziennym zabieganym życiu ciężko mówić o czasie na refleksje.
R: Czy na stole zawsze musi się pojawić 12 potraw?
P.A: Nie, na stole wigilijnym pojawiają się tradycyjnie potrawy: ryby, na przykład karp, śledź, barszcz z uszkami, kapusta z grochem, kompot, pierogi, ale nie wyliczamy, aby znalazła się na stole ta konkretna liczba dań.
61R: Jak wygląda u Pani wigilijny poranek?
P.A: Już od rana dom jest przepełniony świąteczną atmosferą. Od samego rana ubieramy choinkę, w co angażujemy wszystkich. Staramy się, aby nasz choinka nie byłam komercyjna, dlatego też wieszamy na niej ozdoby zrobione własnoręcznie. W tym roku zrobiliśmy m.in. aniołki z masy solnej oraz bombki orgiami. Po ubraniu choinki robimy końcowe porządki, przygotowujemy wieczerzę wigilijną. Po wszelkich przygotowaniach ubieramy się na galowo oraz zasiadamy do stołu przy blasku świec i lampek na choince.
R: Czy angażuje Pani swoje dzieci do przygotowań świątecznych?
P.A: Tak, staram się, aby uczestniczyli w licznych przygotowaniach. Angażuję ich do pomocy przy pieczeniu ciasteczek oraz ubieraniu choinki. Zabiegam, aby te święta nie zamieniły się jedynie w komercyjne święto, w którym najważniejsze dla wszystkich będą prezenty, a magia Świat Bożego Narodzenia straciła głębokie podłoże duchowe i religijne.
R: Czy utrzymuje Pani u dzieci wiarę w Świętego Mikołaja?
P.A: Starszy syn nie wierzy w Świętego Mikołaja. Staramy się podtrzymać tę wiarę u młodszych dzieci. Mamy tradycję, że Święty Mikołaj robi prezenty na mikołajki, natomiast rodzice na gwiazdkę. Cztery lata temu mój maż przebrał się za Świętego Mikołaja. Zapukał do mieszkania, rozdał prezenty i wyszedł. Po upływie 15 min mój mąż wrócił, a dzieci były smutne, że ich tata przegapił taką okazję na poznanie prawdziwego Świętego Mikołaja.
R: A jak Pani spędziła Sylwestra?
P.A: Jestem osobą, która uwielbia tańce i bale. Uważam, że Sylwester jest takim dniem, kiedy można się trochę zatracić, bawić do białego rana. Spędziłam go jednak trochę inaczej, w domu z bliskimi. Nie jestem typem matki, która podrzuca dzieci dziadkom, żeby mogła sobie potańczyć. Był to normalny wieczór w gronie rodziny.
R: Jakieś plany na ferie?
P.A: Najstarszy syn wyjeżdża z domu na ferie zimowe, młodszy jest zapisany do przedszkola na zimę w mieście, a najmłodszy Jaś zostanie ze mną w domu. Będziemy chodzić na spacery, do muzeów. Na pewno nadrobię zaległości w obowiązkach domowych. Zatrzymam się na chwilę i będę odpoczywać przed drugim semestrem.
R: Chciałaby Pani przekazać coś naszym czytelnikom?
P.A: Życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy chcieli, trzeba je brać takim, jakim jest. Czasami nasze plany i nasze chęci są weryfikowane przez wydarzenia, które zsyła na nas życie. Nieraz to, czego byśmy chcieli, jest zupełnie inne od tego, co mamy.

Ale czy tylko w taki sposób można spędzać święta?

Redakcja: A Pani jak spędziła święta pani Joanno?
Pani Joanna Deptuła: Tegoroczne święta spędziłam w bardzo nietypowy sposób, a mianowicie zafundowałam sobie wraz z mężem wycieczkę do Pekinu.
R: To rzeczywiście musiały być bardzo nietypowe święta. Co Panią do tego skłoniło?
P.J: Całe życie marzyłam o tym, żeby zobaczyć Chiny, poznać tę kulturę oraz postawić nogę na Wielkim Murze Chińskim. W ramach trochę spóźnionej podróży poślubnej wybraliśmy się właśnie do Chin.
R: Czy to pierwsze tak nietypowe święta?
P.J: Do tej pory co roku spędzałam święta w spokoju wraz z rodziną. W tym roku jednak postanowiłam odrobinę zaszaleć.
R: Czy w Chinach nie brakowało Pani domowej, świątecznej atmosfery?
P.J: O dziwo nie, ponieważ byłam zachwycona Pekinem, architekturą, pulsem życia takiego ogromnego miasta i ich orientalnej kuchni.
R: Doświadczyła Pani tam czegoś ciekawego?
P.J: Na pewno doświadczyłam zimna – było tam -10oC i silny mroźny wiatr w ciągu dnia. Wspaniałym środkiem rozgrzewającym okazały się bardzo ostre dania kuchni chińskiej, a w szczególności zupy, które Chińczycy serwują w specjalnych kominkach.
62R: Czy pomimo niesprzyjającej pogody miała pani siłę i ochotę na zwiedzanie?
P.J: Oczywiście! Podczas zwiedzania tak bardzo nie odczuwało się zimna. Bardzo się cieszę, ponieważ udało mi się zwiedzić wszystkie atrakcje, które oferuje to miasto. Widziałam Zakazane Miasto, plac Tien’anmen oraz zabalsamowane zwłoki Mao Cetunga, Ogrody Cesarskie z zamarzniętym jeziorem, na którym spędziłam Sylwestra, Świątynię Nieba, Lamajską, Bramę Niebieskiego Spokoju, Świątynie Dzwonu i Bębna, Hu tongi, czyli domy najbiedniejszych Chińczyków, Niebieskie Zoo. Bardzo podobało mi się oceanarium, gdzie mieliśmy możliwość znaleźć się w środku podwodnego świata. Niezapomnianym przeżyciem było również wejście na Wielki Mur Chiński. Jest on pięknie położony wysoko w górach, widoki z tamtego miejsca zapierają dech w piersiach. Muszę przyznać, że jest to naprawdę ogromna budowla, choć nie wydaje mi się, żeby była widoczna z kosmosu. To co mnie najbardziej zaintrygowało, to robienie zakupów, a przede wszystkim proces targowania się. Możliwości są o wiele większe, niż nam się wydaje!
R: Jak zniosła Pani zmianę czasu?
P.J: W Chinach nie było to tak bardzo odczuwalne. Dzięki podekscytowaniu i ogromnej chęci zwiedzania całego tego wielkiego miasta, nie odczuwałam takiego zmęczenia. Natomiast po powrocie do Polski nie wiedziałam, kiedy mam spać, a kiedy funkcjonować.
R: Czy ta podróż zmieniła Pani światopogląd na Państwo Środka, Azję.
P.J: Tak, jest to zdecydowanie bardziej rozwinięte państwo, niż nam się wydaje. W przyszłości mam zamiar w dalszym ciągu zwiedzać ten kontynent. Moim następnym celem jest Szanghaj.


JOANNA LENART & JULIA ROMANEK
2C

2012/2013 NR 3 - Wywiad z panią przewodnik

29-ego listopada miałyśmy możliwość wzięcia udziału w spacerze śladami Janusza Korczaka po Warszawie. Początek naszej trasy stanowił Pałac Kultury i Nauki, ponieważ to właśnie tam Janusz Korczak wraz ze swoimi sierotami rozpoczął „ostatni marsz”. Najbardziej podobał się nam pomnik chłopca, który pogrążony w modlitwie czekał na mamę.
61Aby go ujrzeć, musieliśmy zajrzeć przez okienko w bramie prowadzącej do starej kamienicy. Gdy pani przewodnik powiedziała nam, że ten chłopiec to Adolf Hitler, obudziło się w nas przerażenie. Pomnik ten zmusił nas do myślenia, dłuższego zastanowienia się nad nim. Dzieło to znajduje się przy ulicy Próżnej 14. Pomimo kiepskiej pogody, spacer możemy uznać za udany i ciekawy. 

Miałyśmy również okazję zadać kilka pytań pani przewodnik: 

Red. Jakie są pani spostrzeżenia, młodzież chętnie bierze udział w takich spacerach?
Pp. Przeprowadziłam wiele takich spacerów, zarówno w szkołach podstawowych, gimnazjach, jak i liceach. Spotkałam się z różnymi reakcjami. Niektórzy manifestują to, że nie mają ochoty na ten spacer, że czują się jak więźniowie. Z takimi osobami trudno jest wejść w interakcję, zaciekawić je czymś, ponieważ są oni od początku negatywnie nastawieni. Spotkałam się też z bardzo ujmującymi grupami. Młodzi ludzie potrafią być naprawdę zaciekawieni historią Korczaka, zadawać wiele mądrych pytań oraz wykazywać się niezwykłą wiedzą na ten temat.
Red. Uważa pani, że Janusz Korczak jest znany wśród młodzieży?
Pp. Niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, kim był Janusz Korczak i co zrobił. Wielu osobom jego nazwisko obiło się o uszy, lecz nie do końca wiedzą, co robił, do jakich poświęceń był zdolny. Właśnie z tego powodu organizujemy takie przedsięwzięcie, aby przybliżyć młodym ludziom sylwetkę Korczaka. Wydaje mi się, że ważne jest to, że nie wygłaszamy długich i nudnych referatów na jego temat. Spacer jest miły, a zarazem ciekawy. Podczas spotkań z młodzieżą staramy się przybliżyć im sylwetkę Korczaka jako zwykłego człowieka, który miał wiele własnych problemów, lecz zamiast się nimi przejmować, wolał nieść pomoc innym. Mówimy o sytuacji, w jakiej przyszło mu żyć, o wojnie, głodzie, sytuacji finansowej. Dzięki temu staje się on bardziej realnym człowiekiem, a nie tylko postacią historyczną.
Red. Zauważyłyśmy, że spacer uczy nas również tolerancji…
Pp. To z pewnością, chociażby dlatego, że Janusz Korczak był żydem, opiekował się żydowskimi dziećmi. Staramy się likwidować stereotypy związane ze słowem „żyd”. Wydaje mi się, że zachowujemy dystans, pokazujemy, że ci ludzie wcale nie byli inni.
Red. Dlaczego zdecydowała się pani na taką, a nie inna pracę?
Pp. Pracuję w Muzeum Historii Żydów Polskich. Biorę udział w wielu projektach edukacyjnych dla młodzieży. Wycieczka śladami Korczaka jest tylko jednym z wielu modułów, które organizujemy dla młodzieży. Pisałam projekt gry miejskiej, prowadziłam wycieczki śladami Ireny Sendlerowej. Bardzo lubię moją pracę. Uważam, że to jest niesamowite, kiedy ma się grupę osób z Warszawy, którzy nie znają swojego miasta. Nieraz zdarza się, że codziennie przechodzą obok jakiegoś budynku i tak naprawdę nie wiedzą, czym on jest albo był, jak ogromne ma znaczenie dla historii.


JOANNA LENART & JULIA ROMANEK
2C

2012/2013 NR 2 - Wywiad z Dagmarą Szymańską

Dziś mam zaszczyt przeprowadzić wywiad z osobą, która dba o nasze zdrowie oraz samopoczucie w szkole, naszą ukochana panią pielęgniarką Dagmarą Szymańską.

Redakcja: Jak pracuje się pani w naszej szkole?
Pani Dagmara Szymańska: W szkole pracuje mi się bardzo dobrze, lubię moją pracę. Odpoczywam tu fizycznie i psychicznie. Praca w szkole jest zupełnie czymś innym niż praca w szpitalu.
R: Czyli pracowała pani w szpitalu?
P: Tak, przez 17 lat pracowałam na oddziale kardiologii w Szpitalu Bródnowskim.
R: Czym się pani tam zajmowała?
P: Codziennie myłam i opiekowałam się pacjentami. Robiłam zastrzyki i podłączałam kroplówki.
R: Dlaczego zdecydowała się pani odejść ze szpitala?
P: Miałam dość ciężkiej psychicznej pracy na zmiany. Pracowałam przez 12 godzin, nawet w święta, miałam mało czasu dla najbliższych. Musiałam zająć się dzieckiem oraz chorą mamą.
R: Czy chciała pani kiedyś zostać lekarzem?
P: Nie. Od zawsze chciałam być blisko z pacjentami, pomagać im. Już jako mała dziewczynka bawiłam się zabawkami, pomagając im i je lecząc. Do dziś uważam, że pielęgniarka ma lepszy kontakt z pacjentem niż lekarz.
R: Czyli zawsze chciała pani zostać pielęgniarką?
P: Jako młoda dziewczyna chciałam zostać stewardessą lub policjantką. Marzenie, aby zostać stewardessą, nie spełniło się, ponieważ boję się latać samolotami (śmiech). Policjantką nie zostałam, ponieważ nie zdałam testu sprawnościowego. Nigdy nie byłam wysportowana (śmiech).
R: Czy podczas pracy w szpitalu przywiązywała się pani do pacjentów, którymi się pani zajmowała?
P: Tak, bardzo często się z nimi zaprzyjaźniałam. Pacjenci często wracali. Zawsze było mi smutno, kiedy umierali oraz cieszyłam się, gdy wracali zdrowi do domów.
R: Dostrzega pani różnice pomiędzy pracą w szkolę a w szpitalu?
P: Jako pielęgniarka szkolna mam zdecydowanie mniej pracy. Uczniowie przychodzą do mnie z bólem głowy lub innymi urazami. Ja jedynie za zgoda rodziców mogę podać środki przeciwbólowe. W przypadku większych urazów mam obowiązek zadzwonić na pogotowie.
R: Czyli teraz jako pielęgniarka szkolna ma pani więcej wolnego czasu?
P: W pewnym sensie tak, niestety, kiedy w szkole trwają wakacje lub inne przerwy, ja pracuję w przychodni w gabinecie zabiegowym. Pobieram krew i robię zastrzyki. Nie chciałabym jednak na stałe powrócić do szpitala.
R: Serdecznie dziękujemy za udzielony wywiad.


JULIA ROMANEK & JOANNA LENART
2C

2012/2013 NR 1 - Wywiad z Dawidem Wiejowskim

Dziś rozmawiam z Panem Dawidem Wiejowskim, nauczycielem wychowania fizycznego w naszej szkole, o tym, jak pomału stara się zmieniać świat na lepszy poprzez pomoc potrzebującym w Afryce.

61

Julia: Jak spędził pan wakacje?
Pan Dawid Wiejowski: Hmm… większą cześć moich wakacji spędziłem w Afryce, a konkretnie w malowniczym kraju Sierra Leone, gdzie pracowałem z dziećmi jako wolontariusz. Od kilku lat należę do Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu”, który organizuje takie wyjazdy.
J: Aha, to bardzo ciekawe, może mi pan opowiedzieć więcej o czasie spędzonym w Sierra Leone?
P: Do Afryki polecieliśmy w pięć osób wraz z księdzem. Naszym zadaniem była organizacja letnich obozów wakacyjnych dla dzieci mieszkających w Lungi. Stworzyliśmy dwa obozy. Pierwszy dla dwustu osób, podczas którego organizowaliśmy dla dzieci zajęcia z angielskiego, matematyki oraz dodatkowo gry i zabawy. Ciekawe jest to, że tamtejsze dzieci były bardzo chętne do nauki. W przerwie pomiędzy zajęciami dzieci otrzymywały ciepły posiłek. W Sierra Leone nauka jest bezpłatna tylko do momentu ukończenia szkoły podstawowej. Za dalszą edukację władze pobierają wysokie opłaty. Edukacja jest jedną z niewielu możliwości dla afrykańskich dzieci, aby zapewnić sobie lepszą przyszłość. Drugi obóz, za który byłem odpowiedzialny, był to obóz sportowy przeznaczony dla setki dzieci. W Sierra Leone sport jest drugą, obok edukacji, możliwością do wybicia się.
J: Jak wyglądał pana typowy dzień podczas misji?
P: Wstawałem o 6:30, brałem lodowaty prysznic, szedłem na mszę, a następnie na śniadanie. Po śniadaniu zaczynały się zajęcia obozowe. Trwały one do 13, kiedy to serwowano obiad, ryż z sosem z liści kasawy. Po południu organizowałem szkolenia dla trenerów lub spędzałem czas z dziećmi.
J: Żył pan jak turysta czy raczej jak tubylec?
P: To trudne pytanie. Na pewno nie żyłem jak typowy turysta w hotelu z basenem, ale także nie jak tubylec. Mieszkałem w placówce salezjańskiej, u tamtejszych księży. Przez trzy godziny dziennie mieliśmy prąd, o ciepłej wodzie do umycia się mogliśmy tylko pomarzyć.
J: Przeżył pan jakąś zabawną historię?
P: Nie wiem, czy ta historia jest zabawna, ale na pewno jest ciekawa. Pewnego dnia przed zajęciami sportowymi, kiedy wsunąłem nogę do buta, poczułem coś w środku. Pomyślałem, że to kamień, lecz kiedy wytrzepałem to coś z buta, okazało się, że był to wielki, czarny, jadowity skorpion.
J: Ciekawa jestem jak porozumiewał się pan z tamtejszymi dziećmi?
P: Z najmłodszymi dziećmi, które nie znały angielskiego, komunikowałem się poprzez lokalnego tłumacza. Natomiast ze starszymi dzieciakami starałem się rozmawiać po angielsku.
J: Jak wszystkim wiadomo Sierra Leone to biedny kraj. Zapewne poznał pan, a może i doświadczył wielu smutnych historii. Może mi pan opowiedzieć jedną z nich?
P: Lunch stanowił dla nas niemałe wyzwanie. Poza dziećmi z obozu w pobliskich wioskach znajdowały się dzieci, które nie uczestniczyły w zajęciach obozowych, co wiązało się z tym, że nie było przewidzianego dla nich posiłku. Codziennie ustawiały się w kolejce, a my rozdawaliśmy im miski z ryżem, który nam pozostały. Najpierw dawaliśmy miskę na dwie, potem na trzy i na cztery osoby. Oczywiście nie zawsze dla wszystkich wystarczało.
J: Kilka słów na zakończenie…
P: Wolontariuszem jestem już od dłuższego czasu i mam zamiar nadal pomagać innym oraz jeździć na misje. Serdecznie wszystkich zachęcam do pomagania, ponieważ nie ma nic lepszego niż uśmiech na twarzy osoby wdzięcznej za okazane serce. Doceniajcie to, co macie, nie wybrzydzajcie i pamiętajcie, że moglibyście mieć znacznie mniej. Czasami nie trzeba wiele, by zdziałać naprawdę dużo.

62
JULIA ROMANEK
2C

Możecie pomóc dzieciom w Afryce !
Szkolne Koło Wolontariatu organizuje zbiórkę odzieży używanej. Przydadzą się również dziecięce buty, przybory szkolne, zabawki. Możecie przynosić rzeczy do gabinetu 73, tam też możecie odebrać worki na odzież.